Szczeciński Tydzień Reformacji

Odwaga i pokora przyjmowania łaski

Mateusz Wichary

„Pokora w Piśmie Świętym nie jest udawaniem bezwartościowej osoby, czy też odmową obejmowania odpowiedzialnych stanowisk. Oznacza przyjęcie w pełni świadomości wyznaczonego przez Boga zajmowanego miejsca. Bycie pokornym to realizowanie Bożych poleceń, tak jako wysokiej pozycji przywódca (Mojżesz był pokorny: Lb 12:3), jak i jako niezauważany przez nikogo sługa.” J.I. Packer

 

Łaska kojarzy nam się dzisiaj z czymś przyjemnym i prostym. Głoszenie zbawienia z łaski również. Być może modląc się o kogoś nawrócenie myślimy czasem: byleby zrozumiał, że zbawienie jest z łaski! Wtedy już na pewno chwała i piękno Bożego daru sprawią, że zechce je przyjąć.

              Czy faktycznie tak jest?

              Chyba niekoniecznie.

              Jeśli zbawienie jest z łaski, nie mam się czym przed Bogiem chlubić, o czym zresztą mówi znany nam wszystkim werset z Efezjan 2:8-9: „Z łaski jesteście zbawieni, przez wiarę. Nie jest to waszym osiągnięciem, ale darem Boga. Nie stało się to dzięki uczynkom, aby się kto nie chlubił”.  A to nie jest uwalniające. To jest upokarzające. To raczej wstyd. To przyznanie się do słabości, niemocy. To uznanie, że Bóg nic nie musi. Pewien bliski mi człowiek usłyszał ode mnie kiedyś ewangelię. I odpowiedział: a gdzie jest w tym miejsce dla mnie?

              Fajnie jest dostawać prezenty. Ale zazwyczaj dostając prezenty przede wszystkim uświadamiamy sobie, że są wokół nas ludzie, którzy nas kochają, dla których jesteśmy cenni. I rzadko łączy się to u nas z poczuciem, że nie mamy się czym chlubić. Bo raczej mamy. Rzadko dostajemy bowiem prezenty od osób, które zraniliśmy, obraziliśmy, czy wobec których jesteśmy niechętni, bądź obojętni. Przed Bogiem jednak nie mamy się czym chlubić. Nie zrobiliśmy czegoś, co powodowałoby u Boga konieczność odwzajemnienia się. I taka świadomość raczej przeraża, niż uwalnia. Sprawia, że czujemy się niepewnie i nieswojo. W zasadniczej większości naszych relacji z innymi ludźmi zawsze jest bowiem jakaś wspólna korzyść, która nadaje jej trwałość. Stabilność i bezpieczeństwo. Racjonalność.

              Jaka racjonalność towarzyszy Bogu, który idzie na krzyż za upadłych ludzi? I potem daje im wszystko za darmo?

              Nasze podziękowania? Słusznie, że są, ale czy można je uznać za dobry biznes dla Boga? Skuteczność w służbie? Hm? Nie sądzę. Ludzie grzeszni i zepsuci (a i chrześcijanie czasem) gorliwiej służą mamonie niż wielu chrześcijan Bogu (Łk 16:8).

              Nie chce nikogo zniechęcać do oddania i wdzięczności. Przeciwnie. Stwierdzam jednak prosty fakt: zbawienie z łaski, bez czegokolwiek po mojej stronie, czym mógłbym się chlubić, czym mógłbym skłonić Boga do tego, aby się nade mną zmiłował, to NIE jest komfortowe położenie. Zmusza mnie do wiary, że Bóg się nade mną zmiłował choć NIE miał ku temu powodów. Użalił się, dotknął, oczyścił, wychowuje, troszczy się i kiedyś uwielbi – bo takie ma serce. Nie dlatego, że jakoś sobie na to zasłużyłem.

              Oczywiście, ostatecznie to tworzy znacznie mocniejszą pewność mojej tożsamości w Chrystusie, niż uczynki. Ale dopiero ostatecznie: po tym, jak przejdziemy drogę uniżenia i przyznania, że oto musimy po prostu przyjąć i uznać fakt, że dotknęła nas niewyobrażalna łaska, na którą w żaden sposób nie zasłużyliśmy; że Bóg zbawił nas, choć nie musiał, choć nam się to nie należało; że dotknął się nas, odrodził, przemienił, choć nie miał takiego obowiązku; że oto wierzymy, choć to wszystko pochodzi z Boga i nie z nas samych.

              To nie jest proste. To jest trudne. Łatwiej i bezpieczniej przychodzić do Boga na innych warunkach: prezentując swoje zasługi. Uczynki bowiem, działają w sposób, który rozumiemy i z którym jesteśmy zaznajomieni: „jeśli ktoś pracuje, nikt mu wynagrodzenia nie poczytuje za łaskę. Ono mu się należy” (Rz 4:4). Uczynki tworzą zależność wzajemności: każdy coś w układ wnosi i każdej ze stron należy się w związku z tym to, czym odwzajemnia się druga strona. To rozumiemy i w tym czujemy się bezpiecznie.

              Jednak, w przypadku Boga to iluzoryczne. Taki układ bowiem również sprawia, że gdy proporcja jest zaburzona – ktoś dostaje znacznie więcej, niż na to zasługuje – czuje się niekomfortowo. Czuje, że powinien dać więcej, aby jakoś zbalansować to, co otrzymał.

              I warto tu dodać, że bardzo wielu chrześcijan w głębi serca tak właśnie o Bogu myśli. Gdy dostają zbyt wiele, nie potrafią tego przyjąć. Gdy uświadamiają sobie wielkość Bożej łaski, kryją się raczej, niż to przyjmują. Co skądinąd dowodzi, że nie rozumieją, że najwięcej już dostali przez ofiarę i zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa – że będąc konsekwentni, nie powinni się nawet nawrócić, bo przez nawrócenie właśnie otrzymujemy największy dar, dar zbawienia.

              Łaska jest jedyną zasadą, która uwalnia nas do tego, byśmy w pełnej świadomości tego, co mamy w Chrystusie, potrafili się tym cieszyć i tym żyć. Łaska sprawia, że mogę przyjąć „wszelkie duchowe błogosławieństwo niebios” (Ef 1:3), jakie jest dla mnie w Chrystusie. TYLKO łaska. Człowiek bez świadomości łaski będzie pomniejszał znaczenie i chwałę tych darów, bo po prostu nie będzie w stanie ich odwzajemnić. A bez odwzajemnienia nie będzie w stanie, z czystym sumieniem, nimi żyć. Albo na odwrót: uświadomiwszy sobie, o czym mówi chrześcijaństwo jako o darze, nie będzie tego chciał przyjąć. Bo mu na to nie pozwoli duma. Miłość własna. Poczucie własnych dokonań, które, nawet największe, okazują się niczym wobec ogromu darów dla osób wierzących w Chrystusa. I to wszystkich, nie jakichś szczególnie zasłużonych! W chrześcijaństwie bowiem to, co powszechne, co dawane każdemu, najmniejszemu nawet chrześcijaninowi, przewyższa znaczeniem to, czym się między sobą różnimy.

              Przyjmowanie łaski wymaga więc pokory. Pokory wyrzeczenia się siebie. Ponadnaturalnego (bo nie pochodzącego z nas – wtedy mielibyśmy się czym chlubić) zrozumienia, że mam tak wiele, choć na nic nie zasługuję. To trudne.

              I dlatego łaska wymaga również odwagi. A raczej: uświadamianie sobie ogromu łaski, jaki otrzymujemy w Chrystusie, wymaga odwagi. Ten ogrom jest bowiem przytłaczający. Znacznie łatwiej żyć bez tej świadomości. Znacznie łatwiej żyć w poczuciu okazanej znacznie mniejszej łaski, bo wtedy znacznie mniej Bogu zawdzięczamy. Łapiemy jakąś przestrzeń dla siebie, gdzie oto sami coś osiągamy i mamy się czym pochwalić.

              Ale to pułapka i zwiedzenie. Fałszywa chluba. Nie dlatego, że mamy udawać, że nic nie osiągamy albo, że jesteśmy nikim. To akurat jest całkowita nieprawda, obłuda i kłamstwo zaprzeczenia ogromu bogactw Chrystusowych, jakie otrzymujemy. Jest dokładnie na odwrót: każdy chrześcijanin jest kimś szczególnym i pełnym chwały: jest umiłowanym dzieckiem Bożym, wybranym odkupionym, odrodzonym, wywyższonym prze adopcję do rodziny Bożej (Rz 8:14), zaproszony do Bożego stołu, wezwany do czynienia zadań o wiecznym znaczeniu (Mt 28), wychowywany i wyposażany do bycia w tym wspaniałym zadaniu skutecznym, w końcu: przeznaczonym do życia wiecznego dziedzicem Bożym, w którym już teraz żyje i mieszka darowany mu łaskawie – a zyskany przez Jezusa Chrystusa (Rz 8:15-17) – Duch Boży, zadatek przyszłej chwały (Ef 1:14). Każdy z nas jest niewyobrażalnie wywyższony! I będzie jeszcze bardziej wywyższony, gdy okaże się w pełni, kim jesteśmy, gdy otrzymamy chwalebne ciała, gdy Chrystus powróci, a królestwu Jego nie będzie końca!

              Udawanie, że jesteśmy nikim, albo nie mamy znaczenia to pułapka i zwiedzenie właśnie dlatego, że zaprzecza wielkości tego, co otrzymaliśmy. Zaprzecza Bogu. Odmawia Mu prawa łaski, stawia warunki Jego szczodrości, wyznacza granice jego miłości. To nie pokora. To pycha. Właśnie dlatego pokorą jest NIE pomniejszanie tego, kim jesteśmy i co mamy w Jezusie Chrystusie – ale na odwrót: pokorą jest w pełni świadome przyjęcie tego, życie tym, poddanie całego swojego życia tej niewyobrażalnej chwale, jaka przez łaskę stała się naszym udziałem. Pokora to przyjęcie Bożej woli. Dlatego, że wtedy, i tylko wtedy, gdy odważnie ją przyjmiemy – w całej świadomości łaski, jaką ona jest – nasze życie ulegnie potężnej przemianie. To światło będzie w stanie rozświetlić wszelką ciemną dolinę, którą przechodzimy. Ta świadomość niewypowiedzianej, potężnej łaski zmieni nas – z ludzi goniących za głupotami, znikomymi błyskotkami, przemijającymi korzyściami oferowanymi nam przez świat – w ludzi wewnętrznie utwierdzonych, spójnych, z jasno poukładanymi, niezmiennymi, Bożymi celami; niewzruszonych w swej nowej tożsamości; a jednocześnie oddanych, gorliwych, niezłomnych. Nie zawstydzonych, lecz przeciwnie – przekonanych i pewnych tego, dla Kogo warto żyć. I to świadomość łaski – właśnie łaski i tylko łaski – jest zdolna i ma moc takimi nas uczynić. 

              Niechby tak właśnie się stało. Drogi Ojcze, daj nam pokorę i odwagę, aby przyjmować cały ogrom Twojej łaski; uwielbij się w naszej świadomości tego, jak wspaniałymi darami obdarzyłeś nas w twoim doskonałym Synu; i ogromem owej łaski przemieniaj nasze serca; krusz nasze zapatrzenie w siebie, oddanie sprawom marnym i nędznym, dodawaj sił w walce o Twoje wartości i cele, ożywiaj nas, wlewaj wdzięczność i uwielbienie, bo zaprawdę jesteś Tego godzien, jako Jedyny, o czym przekonuje nas łaskawie posłany nam Duch, co potwierdza wspaniały dar Twojego Słowa, które nam pozostawiłeś; bądź uwielbiony, wywyższony w nas i przez nas za Twoja łaskę, Amen.